TYLKO PORTRET? AŻ PORTRET! WYWIAD

The Beauty – Piękno. To projekt fotografa Maksymiliana Ławrynowicza, który ma być prostą odpowiedzią na jedno z najtrudniejszych pytań: „Czym jest piękno?” Co trzeba wiedzieć o kobietach, co trzeba czuć, jaką mieć wrażliwość i jaką gotowość na historie, która każda z nich ma w sobie, żeby podjąć się tego zadania? Maksymilian odpowiada: „Spójrz w oczy kobietom na moich fotografiach, tam dzieje się najwięcej. Nawet w zatrzymanym kadrze”. Wiem, że on znalazł klucz - wywiad dla portalu Imperium Kobiet.

Kim jesteś?

– Bardzo długo nie chciałem mówić o sobie, że jestem artystą. Zawsze kojarzyło mi się to z jakimiś oczekiwaniami, żeby chodzić przewiązany szalikiem, pykać fajkę i rozmawiać tylko o rzeczach wzniosłych i niedostępnych dla tłumów. W tym roku skończyłem 30 lat i dojrzałem do tego, że jestem artystą. I nie potrzebuję tych kiczowatych dodatków.


Co Cię określa? Co pozwala Ci mówić, że nim jesteś?

– Chyba sposób patrzenia na świat i to, że dostrzegam pewne rzeczy, których nie dostrzegają inni. Chyba na tym to polega. Oprócz fotografii zajmuję się też kreacją i myślę, że nie można być dobrym „kreatywnym” i wymyślać koncepcji eventów, czy dobrych reklam i kampanii, kiedy się patrzy na świat w sposób banalny.


Uciekasz od słowa „wrażliwość”, czy to nie o nią chodzi?

– Absolutnie nie uciekam od wrażliwości, bo uważam się za osobę wrażliwą. Na swój sposób, oczywiście. Moja wrażliwość mnie nie definiuje. Potrafię ją przełknąć i oswoić. Bardziej interesuje mnie wrażliwość drugiego człowieka.

I to Cię określa?

– Szukam bodźców w innych ludziach, w ich wrażliwości, ich reakcjach, relacjach. O tym właśnie opowiada mój najnowszy projekt. Dlatego tak wdzięcznym tematem są dla mnie kobiety, bo w przeciwieństwie do mężczyzn, rzadko z tą wrażliwością walczą. Ale też często głęboko ją skrywają.


Masz jakiś klucz, żeby otworzyć kobietę, która w Twoim projekcie jest głównym obiektem, nie podmiotem?


– Ten projekt jest dla kobiet i o kobietach, ale nie polega na otwieraniu czegokolwiek.  Jeśli chcesz pokazać emocję, musisz przełamać bariery, skrócić dystans. Chcę pokazać wszystkie blaski i cienie kobiety. Jeśli kobieta przychodzi do mnie zamknięta, to nie będę się nad nią emocjonalnie pastwił, tylko pokażę ją z tym, co ma głęboko w oczach. Jeżeli ona nie będzie chciała pokazać zbyt dużo, to też jest materiał na dobre zdjęcie. Też o czymś opowiada.


Wybrałeś do swojego projektu kobiety, które teoretycznie nie powinny mieć problemu z pokazywaniem emocji, ale też ciała. Z realizacją zadania, czyli odtwarzaniem pewnej roli przed aparatem. Czy o to Ci chodziło?

– Lubię pracować z aktorkami. W poprzednich projektach sporo było kreacji. Kobiety antyczne, kobiety zbrodniarzy, kobiety władzy. Inspirowaliśmy się konkretnymi postaciami i aktorstwo bardzo pomagało wcielić się w rolę, pokazać ładunek emocjonalny. I tu pojawiło się zaskoczenie moich stałych modelek. Po tym, jak zapraszałem je do kolejnego projektu, padało pytanie: – „Kim będę?” –„Sobą!” – padała odpowiedź. Olą Kisio, Anną Czartoryską czy Agatą Buzek. Sobą! Następowała chwila konsternacji i padało kolejne pytanie: „Ok, to jak się przygotować?” Nijak. Po prostu przyjdź.


Jak spadały maski?

– Myślę, że to jest moja najsilniejsza strona w pracy artystycznej, fotograficznej. Większość modelek, które wzięły udział w sesji, powiedziały, że tak swobodnej, naturalnej pracy jeszcze nie doświadczyły. Chyba mam coś takiego, dzięki czemu ludzie czują się przy mnie swobodnie. Podczas sesji panuje bardzo luźna atmosfera, bardzo o to dbam. Nie mamy tematów tabu, nie kluczymy wokół tematu, ale traktujemy sprawy prosto z mostu. Zwykle to ja jestem inicjatorem takich rozmów. Wszystko po to, żeby aktorka, modelka mogła pomyśleć: „O! możemy rozmawiać o takich sprawach? No to jest ok.” Podkreślam też, że nic nie wychodzi poza sesję.


Jak to nic? Wychodzi zdjęcie, które jest dokumentem takiego spotkania. Wszystko na nim widać. Emocje, klimat pracy, bliskość, intymność.

– Cały czas rozmawiam z moimi modelkami. Podczas przygotowania sesji, makeup-u. Nie jest tak, że zapala się światło i ja się zmieniam. Buduję tę relację od samego początku. To jest rodzaj dialogu. On trwa przez cały czas wspólnej pracy. Przychodzi jednak taki moment, kiedy proszę modelkę, żeby to, o czym mówiliśmy, co chciała mi powiedzieć, powiedziała do obiektywu. To jest niezwykły moment. I to się sprawdza.


Który z Twoich projektów był najtrudniejszy? Pytam właśnie o tę relację fotograf-modelka.

– Zdecydowanie ten ostatni. Ten mówiący o naturalności, o pięknie był najtrudniejszy. Mocna stylizacja i tym samym ramy, które sobie narzucamy (tak było przy projekcie pt. Władza), daje pewien komfort. Narzuca kierunek pracy. W grę wchodzą konkretne pozy, wyraz twarzy, emocje. Np. wyniosłość. To można zagrać. Jestem pyłkiem na twoich trzewiczkach, strzep mnie – mogę naprowadzić modelkę (śmiech). W ten sposób ustawiam postać. I to jest znacznie prostsze niż pokazanie naturalnego piękna. Bo modelka jest w roli i wie, co pokazać.


Z byciem sobą jest trudniej?

– Kobiety same sobie utrudniają życie.  W ostatnim projekcie kobiety miały na sobie tylko białe ciuchy, delikatny, rozświetlony makijaż, a przecież zazwyczaj się pudrują i matują. Biel to też nie jest ulubiony kolor pań. Było dużo połysku, bo partnerem projektu jest Armani, a marka słynie z jasnych, świeżych makeupów. Podkreślaliśmy zastaną urodę modelek, a nie zmienialiśmy jej. Podobnie było z fryzurami. Tutaj wkroczyła fantastyczna marka Biolage ze swoimi eko-produktami profesjonalnymi i genialnym teamem. To była bardzo ciężka przeprawa, bo nie wszystkie kobiety zaakceptowały swoje zdjęcia. Byłem bardzo zaskoczony… Pracuję z kobietami od 10 lat, kocham je, adoruję szalenie. Uważam, że są najwdzięczniejszym tematem dla fotografa. To miał być ukłon w ich stronę. Chciałem pokazać, że są piękne, nie potrzebują kreacji, retuszu. W pewnym momencie miałem poczucie zderzenia ze ścianą. Kończyliśmy stylizację, a one pytały: „Czy to już? To koniec? Poprawisz to w Photoshopie?” Odpowiadałem: „Nie, nie o tym jest ta historia.”


Gdzie więc, Twoim zdaniem, tkwi piękno? Ja, kobieta, uważam, że jestem piękna wtedy, kiedy mam na sobie całą tę zbroję. Ty mówisz, że jest inaczej.

– Tak mówię i nie tylko ja. Z tematyką „no filter” czy „no retouch” zmierzyło się już kilku fotografów. To nie jest nowy temat. Takich projektów jest dużo. Chcę, żeby mój opowiadał o czymś jeszcze. O relacjach i wrażliwości, o której mówiliśmy. Nie sprowadzam obrazu do fizyczności, opowiadam o kobiecej sile, o relacjach. Na zdjęciach są matki z córkami, przyjaciółki, są pary jednopłciowe. To często kobiety, które musiały pokonać w życiu wiele przeciwności, a jednak wypracowały piękne relacje między sobą, fantastyczne związki i czerpią od siebie nawzajem garściami. Po pierwszych próbnych zdjęciach, kiedy mijał największy stres, było to wszystko widać, jak w otwartej księdze. Można było wyczytać z nich te opowieści, a one zaczynały patrzeć na siebie z miłością. I o tym jest ten projekt. To jest piękno, które chciałem pokazać.


Uważasz, że wrażliwość nie wyklucza siły. A tymczasem świat nam, kobietom, nie pomaga. Jak się przed nim odsłonię, zginę.

– Ja opowiadam o tym, że to się nie wyklucza, bo naprawdę w to wierzę. Można odnaleźć siłę we własnej wrażliwości. Z tym chcę się spierać. Z przekonaniem, że jedno nie może istnieć w symbiozie w drugim. Że to jest twarda opozycja. To jest jak praca u podstaw. Nie obchodzi mnie jak mężczyźni postrzegają kobiety. Chodzi o to, co one same widzą w sobie. Sprzeciwiam się przez ten projekt przekonaniu, że silna kobieta znaczy – niewrażliwa.


Jeśli pokażę ci moją wrażliwość, jak ochronisz mnie przed zderzeniem z brutalnym światem?

– Nie muszę cię chronić. Kobiet nikt nie musi chronić. One dają sobie świetnie radę. Może ich upadki są bardziej bolesne i dłużej trwa rehabilitacja. Jednak w konfrontacji ze światem stają się silniejsze i dojrzalsze. I to wcale nie oznacza, że muszą zgubić po drodze swoją wrażliwość. Edith Piaf powtarzała, że w życiu trzeba kochać, kochać i jeszcze raz kochać. Nie ważne ile razy miało się złamane serce. I przeżyła swoje życie w stu procentach. Mimo tego, co ją spotykało po drodze.


W jakim celu stworzyłeś Fundację Projekt Kobiety?

– Powstała na fundamentach mojego projektu fotograficznego. To dla mnie naturalna kolej rzeczy. Jest mnóstwo fantastycznych artystów, którzy tworzą inspirowani szeroko pojętą kobiecością, ale wielu z nich brakuje siły przebicia, charyzmy którą ja mam. Po prostu. Nie wykonywałbym swojego zawodu, gdyby tak nie było.

Ta część projektu ma wsparcie wielu marek, agencji eventowej Silver Plate, agencji pr Partner of Promotion. Jednak nie zawsze tak było. Projekt był wystawiany zagranicą, w Muzeum Narodowym, dużo się o tym pisało, kiedy jeszcze nie miałem żadnego wsparcia. Doszedłem do tego własną, ciężką pracą. Wiem, jak to się robi. Pomyślałem, że skoro tyle udało mi się osiągnąć i dołączają ludzie, którzy chcą robić coś większego, wartościowego, to ja chcę się tym podzielić z innymi. Z tymi, którzy nie wiedzą, jak zacząć, jak dotrzeć do szerszej publiczności. Chcę im w tym pomóc. Chcę być dla nich partnerem, oferuję nasze zaplecze, pomoc w szukaniu sponsorów. Skracam drogę do pierwszego sukcesu.


Co czujesz teraz?

– Pot, krew, łzy i szalony, naprawdę szalony stres. To jest koszt tego projektu, już czwartego. Ale w każdym artyście jest iskra rozbuchanego ego i wystawa jest takim momentem, kiedy serce rośnie… Ale im więcej osiągam, tym więcej nabywam pokory. Staram się ujarzmić mój egocentryzm. Tego uczy mnie ta praca. Ale jestem w takim punkcie swojego rozwoju, że mogę już pozwolić sobie na unikanie ludzi, z którymi nie chcę pracować. To ogromny komfort.

Sukces. Jaki ma dla Ciebie wymiar?

– Na wystawę fotografii przychodzą ludzie, żeby oglądać fotografie. To jest oczywiste. Ale podglądam ludzi, którzy zatrzymują się przy zdjęciach. Oni nie wiedzą, że ja je zrobiłem. Patrzę, jak uważnie czytają każdy opis, każdą informację, jakby chcieli poznać historię każdego z tych obrazów. A potem o tym dyskutują. I to jest mój sukces. Fotografia, obok której nie przechodzi się obojętnie, ale która prowokuje do rozmowy, dyskusji.


Zdjęcie to zwykle monotonna historia. Wydruk, papier, laminat. Jaki miałeś pomysł na pokazanie swoich prac w innym wymiarze?

– Nawiązałem współpracę z firmą Crystal Panel, która robi podświetlane systemy wykorzystywane do reklam oraz młodą i energiczną drukarnią Cookie Printers. Byłem pewien, że to będzie doskonałe uzupełnienie tej filozofii o sile, energii i emocjach, o których opowiadam w projekcie. Zdjęcia są wydrukowane na kliszy, która w normalnym otoczeniu jest ciemna i nic na niej nie widać. Podświetlamy ją od tyłuspecjalnym panelem  i ona nabiera niesamowitej głębi i jeszcze większej magii. Te ich oczy wyglądają niesamowicie!


Wiesz, że się uśmiechasz, kiedy o tym mówisz?

– Bo to jest całe moje życie. Kiedy dzięki sposobie ekspozycji mogę wzmocnić efekt, o który mi chodziło, to jest jak poezja.


Agata Buzek. To pierwsze zdjęcie, które zobaczyłam. I pomyślałam, że poszedłeś na łatwiznę. Tak pięknej, plastycznej, wyrazistej i wyjątkowej twarzy nie da się przeoczyć, przemilczeć…

– Agata Buzek jest twarzą mojej wystawy. Jest jej kwintesencją. Agata wpisała się cudownie we wszystko, co chciałem opowiedzieć. Dlatego jest na plakacie. Ale „twarzy” wystawy jest dokładnie tyle, ile bohaterek (śmiech).


Jaka jest Agata?

– Jest szczera, prawdziwa, piękna. Nie wpisuje się w banalne kanony urody. Ma szalenie oryginalną urodę. Łączy nas wiele, wegetarianizm, miłość do zwierząt i chyba tez podejście do życia. A przede wszystkim do ludzi. Ona jest w niesamowitym momencie swojej drogi. Jest szalenie inteligentna. Nie ogląda się za siebie, nie wybiega w przyszłość. Jest tu i teraz. Kocha swoje życie, kocha to, co robi. Dlatego na tych zdjęciach w jej twarzy jest spokój i akceptacja. Akceptacja siebie. I wielka uważność. To jest właśnie dla mnie piękno.


Wywiad przeprowadziła: Małgorzata Żochowska

Link źródłowy: https://www.ikmag.pl/tylko-portret-az-portret

© ALL RIGHTS RESERVED / PROJECT WOMEN FOUNDATION